Uwielbiam, kiedy wyłączają prąd

W miejscu, w którym mieszkam podobno wyłączenie prądu zdarza się rzadko. Ale co dla tubylców jest rzadko, dla mnie jest często, bo się przez 26 lat mieszkania w innym miejscu nawet nie przypominam sobie takiej sytuacji.

I tak oto w pierwszym momencie jest mega, mega zdziwienie zmieszane z wkurw… wróć… zdenerwowaniem. Bo jak ktoś śmie! Ja tu ważne rzeczy robię, nikt nie lubi, jak mu się przerywa w połowie myśli.

Następny krok to sprawdzenie, czy wszyscy tak mają, a więc sprawdzenie światła na klatce, zerknięcie przez okna – na blok obok, na ulicę, całe otoczenie. Uff, ciemno, czyli luz, wszyscy tak mają. Od razu człowiekowi lepiej.

Teraz czas na szukanie świeczek, co jest proste, bo leżą pod zlewem, pięknie wbite w butelki po piwie i gotowe do użycia – od poprzedniego wyłączenia prądu. Może dorobimy się kiedyś świeczników.

Kolejny krok to rozeznanie, czy telefony są naładowane (jeśli nie, można podłączyć pod komputer pracujący na baterii lub do power banku) i czytnik ebooków (ma podświetlenie ekranu i można czytać niezależnie od świeczek). Internet, od biedy jest w telefonie, ale po co tak od razu marnować baterię, nigdy nie wiadomo, ile to potrwa.

Latarka w telefonie jest, ale szkoda baterii. Latarka na korbkę jest w szufladzie. Genialny wynalazek.

W ruch idzie woda mineralna, bo herbaty nie da się zrobić, wszystko przecież na prąd. I tym razem, znowu mówię sobie, że turystyczna kuchenka to nie taki głupi pomysł.

Lodówka? Zaraz przecież się nie rozmrozi.

Piekarnik, mikrofala, drukarka, wszelkie urządzenia, które za chwilę zaczną wariować od ciągłego, chwilowego włączania i wyłączania prądu. A wyłączę to wszystko, bo ch*j mnie strzeli od tych wszystkich dźwięków, które za chwilę będą rozbrzmiewać jednocześnie.

Gotowe.

Teraz tylko książeczka i spokój. Bo przecież nie mam na to wpływu.