Aplikacja: Newsify

Jak to się zaczęło z RSS?

Od kiedy tylko sięgam pamięcią, korzystam z RSS. Początkowo były to programy-czytniki na komputerze (używałam m.in. RSS Bandit, RSSOwl i FeedDemon), które wyglądem przypominały programy pocztowe i zawsze (!) zawieszały się przy pobieraniu nowych treści.

Następnie miałam fazę na wersję portable owych programów-czytników, bo jak wiadomo, kiedyś nie było czegoś takiego jak synchronizacja między urządzeniami czy chmura, więc program w wersji portable na pendrivie 128 MB dawał namiastkę elastyczności: na każdym kompie można mieć ten sam program, z tymi samymi danymi – wystarczy mieć pendrive i program w wersji portable i podpinać się z tym do dowolnego komputera.

Później nastąpiła era online, więc używałam czegoś, czego już nazwy nie pamiętam, a dopiero później trafiłam na Google Reader. A ten, jak wiadomo, został później zamknięty.

Dalej to już współczesność: testowanie tysięcy aplikacji i korzystanie z dobrodziejstwa synchronizacji (która akurat wtedy nigdy nie działała jak powinna) na pierwszym smartfonie z Androidem, wersje aplikacji offline (bo albo jesteś za granicą, albo za drogie pakiety internetowe), a później już online na smartfonie i tablecie.

Aktualnie mam konto w Feedly, obsługuję to przez Newsify i RSS czytam tylko na iPhonie.

Kocham RSS

Musisz wiedzieć, że jestem wielkim fanem RSS. To jedna z najlepszych rzeczy, jaką wymyślono i naprawdę nie rozumiem, jak można tego nie używać. Z drugiej strony rozumiem, że wydawców stron, którym popularyzacja RSS po prostu nie opłaca się.

Nie mam zielonego pojęcia, jak ludzie żyją bez RSS. Czy:

  • wchodzą codziennie na kilkaset stron?
  • odświeżają stronę kilkanaście razy dziennie i czytają nowe treści?
  • używają Facebooka?
  • korzystają z newslettera?

Wiem, że wiele „zwykłych” osób (czyli takich spoza branży) śledzi różne serwisy przez Facebook czy Twitter i są zadowoleni. W moim przypadku to w ogóle nie wchodzi w grę, bo:

  • interesująca mnie strona/serwis musi mieć konto na Facebooku lub Twitterze, a to akurat w pewnych kręgach nie jest takie oczywiste,
  • większość serwisów traktują społecznościówki jako uzupełnienie, a więc umieszczają tam luźniejsze, uzupełniające treści, a nie wszystkie newsy ze swojej strony,
  • Facebook filtruje tak, że 3/4 treści z obserwowanych serwisów w ogóle mi się nie wyświetla.

RSS zapewnia mi komfort, że wszystko, co pojawia się na stronie danego serwisu, dociera do mnie. Nie muszę wchodzić, sprawdzać czy stresować się, że ominą mnie jakieś informacje, bo np. zeszły już z czołówki albo – jak w przypadku Facebooka – nie pojawiły się, bo algorytm uznał, że tak będzie dla mnie lepiej albo autor treści nie zapłacił Facebookowi za większy zasięg.

Z powodu wielkiej miłości do RSS stosuję tysiące obejść i trików, żeby mieć jakieś źródło przez RSS. Inaczej mówiąc, jeśli jest jakiś serwis, który prowadzony jest tylko na Facebooku czy Twitterze (niestety, są takie…), czytam go przez RSS.

Stosuję strukturę katalogów

Mam dużo kanałów, więc są one posegregowane w katalogach. Są różne szkoły, ja mam skatalogowane tematycznie, bez podziału na języki (mam kanały polskie, angielskie i hiszpańskie).

Czasami omijam pewne katalogi

Dzięki podziałowi tematycznemu mogę świadomie omijać jakieś katalogi (tematy), które nie są mi potrzebne teraz, np. leżąc na wakacjach, popijając drinki z parasolką, dostarczane przez przystojnych, półnagich mężczyzn (jaaaasne…), niekoniecznie mam ochotę czytać kanał RSS Gazety Prawnej. Omijanie katalogów stosuję tylko w wyjątkowych sytuacjach, np. właśnie powyższy przykład, że jestem na wakacjach.

Czytam albo skanuję

Mimo iż prenumeruję to, co mnie interesuje, to nie wszystkie informacje czytam, np. świadomie pomijam te o zmianach w CIT, bo mnie to nie dotyczy. A jeśli ewentualnie by zaczęło, to do tego czasu przepisy jeszcze się zmienią sto razy i nie ma sensu teraz się tym zajmować.

RSS czytam raz w tygodniu

Czytam zawsze w środę o godz. 18. Nie jest to jakiś wielki rytuał, że siadam z kawą i pogrążam się w lekturze. Po prostu wyciągam telefon i mam lekką, niezobowiązującą lekturę o tej konkretnej porze.

Czasami zdarza się, że czytam w inne dni, bo akurat jest taka okazja. I później już nie czytam w ową środę, bo zrobiłam to już przecież wcześniej.

Być może to wynika ze specyfiki mojej branży i zainteresowań, ale nigdy nie zdarzyło się, żeby coś mnie ominęło albo żebym odczuła, że jestem niedoinformowana z powodu tego, że czytam RSS raz w tygodniu.

Żyję sobie spokojnie i nie mam potrzeby chodzenia po różnych stronach, bo wiem, że wszystko, co mnie interesuje i jest dla mnie ważne, gromadzi się ładnie w RSS.

Aktualnie czytam tylko na iPhonie

Mając konto w Feedly można korzystać dobrodziejstw synchronizacji między urządzeniami. Mimo to czytam tylko na iPhonie. Powód jest dość prosty: z użytkowania tabletu zrezygnowałam jakiś czas temu, na czytniku ebooków (a więc urządzeniu z ekranem „e-ink”) średnio to wychodzi, a przy komputerze szkoda mi na to czasu (komputer = praca).

Stosuję schemat przetwarzania informacji

Pamiętasz mój schemat? Jeśli coś, co czytam w RSS jest długie, ważne albo wymaga myślenia itp. to działam zgodnie ze schematem – do Nozbe, Pocket lub Evernote.

Wypisuję się z newsletterów i zastępuję je RSS-em

Newslettery to moja pierwsza i wielka miłość. Prywatna i zawodowa. Z newsletterów typowo newsowych powypisywałam się i zastąpiłam je kanałami RSS.

Systematycznie zmniejszam ilość kanałów

Szybko dodaję nowe kanały, ale także szybko je usuwam, gdy zaczynają mnie męczyć. A zmęczyć mnie dość łatwo, np.

1. Za dużo przesłodzonych wpisów reklamowych

Jestem ze starego pokolenia blogerów i nie rozumiem parcia na zarabianie na blogowaniu, ale akceptuję, że tak teraz wygląda świat. Jeśli jednak wpisy reklamowe stanowią połowę wpisów na blogu i jeszcze ociekają od początku do końca lukrem to zwyczajnie tracę szacunek do autora. Po prostu.

2. Za dużo wpisów
Im więcej autor pisze, tym bardziej nabieram przekonania, że nie ma on żadnego zajęcia w życiu, bo kto normalny miałby czas robić codziennie po trzy wpisy? No i ilość nigdy nie idzie w parze z jakością. Powyższa zasada (tzn. męczenia zbyt dużą ilością wpisów) nie dotyczy serwisów newsowych.

3. Słaba jakość
W przypadku tematyki produktywności mam bardzo ostrą selekcję blogów. Czytanie porad o tytule: „3 super sposoby na zwiększenie produktywności”, a w treści 3 nagłówki: „wstań wcześniej, zrób listę zadań, wyłącz Fejsa” i do każdego 3 zdania opisu, sprawiają, że cofam się w rozwoju umysłowym.

Preferuję wpisy może i czasami oczywiste w treści, ale w starym stylu: refleksyjne, szczere, nieco przydługie, z wyraźnie widocznym autorem, stylem, osobowością, bez krzykliwych tytułów czy nagłówków.