Czas mierzony inną miarą

Jak pewnie wiesz z poprzednich wpisów, należę do tych osób, które nie chorują. Niestety to się w ostatnim czasie zmieniło. Ale spokojnie, tylko chwilowo.

Nie choruję – to coś, z czego zawsze byłam dumna, ale ostatnio jest to raczej powodem rozpaczy, bo podobno w pewnym wieku wszyscy wszystko o wszystkim wiedzą, bo wszystko już przechodzili. Ale oczywiście nie ja, bo nie choruję.

I tak oto trzydziestka na karku i: trzeci raz w życiu w budynku jakiegokolwiek szpitala (nikt wokół też nie choruje to nie było okazji bywać), pierwszy raz w szpitalu jako pacjent, pierwszy raz pod kroplówką, pierwsza operacja, pierwsza narkoza, pierwsze wybudzanie, pierwszy kontakt ze szpitalnymi bakteriami, pierwsze powikłania, pierwszy od 20 lat antybiotyk (2,5 cm – czy w tej branży są w ogóle „specjaliści ds. usability”?!).

I czas.

Nagle okazuje się, że trzeba czekać: na wyniki badań, efekt działania leku, odzyskanie sił po operacji, leczenie powikłań, odzyskanie sił po leczeniu powikłań. Nie liczy się to w godzinach czy dniach, ale tygodniach. A jeśli czekasz na dawcę szpiku lub organu to wszystko liczysz w miesiącach i latach.

I znowu czas.

Leżysz, masz go dużo i możesz robić to czy tamto, w końcu jesteś produktywnym gościem. W praktyce leżysz jak kłoda, bo wstanie do łazienki to już misja dnia. Trzymanie tabletu w rękach to za duży wysiłek. Daruj sobie i tak za chwilę zaśniesz i prześpisz kolejny dzień.

I znowu czas.

Dostajesz lek, który musisz brać, np. przez tydzień, żeby był jakiś efekt. Po drodze okazuje się, że masz na niego uczulenie albo efekty uboczne są bardzo uciążliwe i musisz go zmienić. I znowu tydzień brania i czekania. Może tym razem się uda. Na wszystko trzeba czasu, tak mówi lekarz – sprzedawca zdrowia.

Tymczasem ja, sprzedawca ebooków, myślę… Klient kupuje u mnie ebooka i 3 minutach ma już u siebie, nawet jeśli kupuje o drugiej w nocy. Jeśli, jako sprzedawca, powiedziałabym mu, że ma czekać przez tydzień albo miesiąc i może dostanie, ale to też nic pewnego, bo mogą pojawić się jakieś komplikacje, to by mnie wyśmiał. Więc dostarczam mu tego ebooka w 3 minuty, bo takie są oczekiwania wobec sprzedawcy ebooków.

Sprzedawca zdrowia działa na jakimś innym rynku. Czy on nie wie, że nowy iPhone ma być jeszcze szybszy i w ogóle wszystko wszędzie ma być szybsze? I te karty zbliżeniowe, żeby transakcja była 5 sekund szybciej. I że mam nowy, szybszy komputer. I szybszy internet. I szybciej, szybciej… Nie, chyba się ze sprzedawcą zdrowia nie dogadamy…

I znowu czas.

Wracasz do żywych i ludzie Cię denerwują. Chcą tu i teraz, a najlepiej na wczoraj. Wszystko od razu i szybko. 3 minuty to za długo i po minucie już piszą: „Gdzie ten ebook??!!!”. I jeszcze gdzieś biegną, bo szybciej, bo czas ucieka.

A potem siadają na kanapie i oglądają reklamy w TV albo klikają bez sensu po Fejsie czy innych internetach. W ten zaoszczędzony czas!

Zliczając zaoszczędzone sekundy w skali całego dnia to wyjdzie może z 5 minut, co jest tylko ułamkiem czasu bloków reklamowych w telewizji, który dzisiaj bezrefleksyjnie obejrzą albo przeklikają na Fejsuniu. I tak bezmyślnie skonsumują ten ciężko i nerwowo zaoszczędzony czas.