Iść czy nie iść na studia?

7 lat temu na moim ówczesnym blogu pisałam na temat, czy warto studiować.

Wpis zaczynał się tak:

Jako że formalnie za pół roku kończę studia i prowadzę firmę, to jestem jak najbardziej kompetentną osobą, żeby cokolwiek mówić na temat studiowania i biznesu. Więc zaczynam.

Ten wpis zacznie się tak:

Jako że od skończenia studiów minęło 6 lat i nadal prowadzę tę samą firmę, to jestem jak najbardziej kompetentną osobą, żeby cokolwiek mówić na temat studiowania i biznesu. Więc zaczynam.

No to zaczynam

Studiowałam pedagogikę w latach 2003-2008 na UMK w moim rodzinnym Toruniu. Studia dzienne, jednolite – 5-letnie (tj. jak przerwiesz to nic nie masz). Po trzecim roku wybierało się specjalizację.

W tamtych czasach były egzaminy wstępne (oceny z matury nie miały znaczenia). Z ciekawostek: kiedy zaczynałam studia to nikt nie miał laptopa, o wifi nikt nie słyszał, a rewersy w bibliotece wypisywało się ręcznie na gotowych druczkach. O czymś takim jak USOSweb krążyły plotki, że gdzieś istnieje, ale nikt tego na oczy nie widział.

Iść czy nie iść

Nie znam nikogo, kto powiedziałby, że nie warto iść na studia.

Każdy (podkreślam: każdy), kto je skończył uważa, że było warto.

I każdy (podkreślam: każdy) powie, że na studiach miał zwątpienia różnego typu, ale z perspektywy czasu uważa, że było warto.

Że nie warto iść na studia, mówią tylko ci, którzy… nie skończyli studiów, bo oblali na nich jakieś egzaminy (czyli to uczelnia im podziękowała, a nie oni uczelni).

Ciekawe, nie? :)

I właściwie na tym wypadałoby skończyć wpis.

Ale jeśli masz ochotę, możesz czytać dalej:

Podstawowe założenie

Największym błędem jest patrzenie na studia jak na jakiś kurs, na którym zawsze będziemy robić to, co nas interesuje i w ogóle będzie miło i kolorowo. Zabawne. :) Studia to przecież życie, a w życiu (i w pracy zawodowej!) spotykają nas rzeczy, które są interesujące oraz które są nudne, bez sensu i głupie.

Moje zwątpienia

Zmęczenie po pierwszym roku. Wszystko było nowe, trudne i w większości przypadków nudne. Na drugim roku pytania: „Co ja tu w ogóle robię?”. Na trzecim już ulga, że to ostatni taki rok, bo 4 i 5 to specjalizacja, czyli to, co mnie interesuje (komputery w edukacji), a jakbym teraz przerwała (na tym trzecim) to nie mam nic.

Co trzymało mnie na studiach?

Studia jednolite. Jeśli je przerwę w którymkolwiek momencie to nic nie mam. Bardzo skuteczna motywacja. Dzisiaj studia są dwustopniowe (3+2) i jak ktoś nie potrafi się zmotywować do skończenia przy rozbiciu 3+2 to dla mnie to przypadek tragiczny.

Świadomość, kto kończy studia. Studiów nie kończą najmądrzejsi tylko najwytrwalsi. Poczucie, że jakiś głupek, tylko dlatego że chodził i pozaliczał (cudem albo na kampaniach wrześniowych), będzie lepiej oceniany w społeczeństwie i statystykach wykształcenia niż ja, będąca po szkole średniej, utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto jednak te studia skończyć.

Dalsza perspektywa. Nigdy nie wiadomo, jak potoczy się życie. Zawsze lepiej mieć niż nie mieć. Jeśli byłabym w pracy, w której mile widziany jest doktorat (a teraz coraz częściej tak jest!), to zrobię go w 4 lata, może mniej, bo w końcu jestem piękna i mądra. Gdybym nie miała studiów, zajęłoby mi to 9 lat, bo jeszcze ten nieszczęsny magister.

Najlepszy moment na studiowanie. Kalkulowałam, że na studiach jest czas na studiowanie, zabawę i rozwijanie firmy (która działała wtedy w ramach inkubatora), a po studiach będzie rozwinięta już firma, mąż i dzieci. Dzisiaj wiem, że… dobrze kalkulowałam. :)

Zniżki studenckie. Student (tam samo jak uczeń) albo wchodzi za darmo, albo ma zniżkę. Ten tylko to doceni, kto to stracił.

Samodzielne mieszkanie. Mimo iż studiowałam w rodzinnym mieście, to na początku drugiego roku wyprowadziłam się z domu i utrzymywałam się z własnej pracy. Ogólnie polecam studiowanie w innym mieście niż rodzinne, bo wtedy jest 100% pretekst, żeby wyprowadzić się z domu.

Koła zainteresowań. Chociaż osobiście w żadnym się nie udzielałam, bo nie było tematycznego, to wiem od innych, że w ramach kół robi się dużo fajnych projektów, są wymiany studentów, wyjazdy itp.

Konferencje naukowe. Albo przyjeżdżają do nas, albo my jedziemy do nich. Za dnia robi się coś ciekawego, a wieczorem jeszcze ciekawszego.

Staże, konkursy. Tego typu rzeczy zawsze są przeznaczone dla uczniów i studentów. Nie znam żadnego (podkreślam: żadnego) konkursu lub stażu, który kierowany byłby ot tak do młodych. Do młodych owszem, ale zawsze do uczniów lub studentów, ewentualnie absolwentów studiów.

Dostęp do biblioteki uczelnianej. Jestem maniakiem książek i wydawcą, więc to chyba nie wymaga komentarza. I te wystawy starodruków… :)

Poznanie życiowego partnera. Podobno na studiach poznaje się życiowych partnerów. Niekoniecznie z tego samego kierunku. Akademik, mieszkania studenckie, imprezy. Jedynego poznałam jeszcze przed studiami (i na studiach specjalnie przyjechał do mojego miasta), ale znam bardzo dużo małżeństw, które poznały się na studiach.

Program zajęć. Czasami nudny, czasami tak wciągający, że człowiek zapomina o całym świecie i okupuje bibliotekę, żeby wiedzieć więcej i więcej.

Fajni wykładowcy. O ile w szkole średniej nauczyciele zlewają się w jedną całość z powodu podstawy programowej, to na studiach każdy jest inny, wykłada zupełnie coś innego i o każdym krążą legendy.

Rozwijanie zainteresowań. Jeśli wykładowca lub ćwiczeniowiec widzi, że coś Cię interesuje albo że czytasz coś poza obowiązującymi materiałami (lub robisz coś ciekawego) i masz swoje zdanie, to zawsze, ale to zawsze będziesz dobrze zapamiętany, nawet jeśli nie jesteś prymusem. A jeśli połechtasz jego ego, powołując się na jego dorobek naukowy lub interesując się tym samym tematem, to już masz przewodnika, kumpla i mentora na całe życie.

Co jeszcze?

Nowi, ciekawi ludzie. Zawsze uważałam, że trzeba zmieniać środowisko, żeby nie kisić się w tym samym sosie i iść do przodu. Wszystkie moje 3 szczeble edukacji (podstawówka, średnia, studia) to 3 różne miejsca, rozdziały, zawsze z nowymi ludźmi, bez łatek czy układów z poprzednich miejsc.

Indywidualność. W szkole średniej, jeśli tylko się wyróżniasz, zawsze zostaniesz sprowadzony do pionu przez nauczycieli lub kolegów. Uczelnia ma zupełnie inny charakter: tu ceni się wyjście poza schemat i jest to normalny element kultury akademickiej.

Zderzanie się z akademickim betonem. Mimo iż pedagogika jest uznawana za najmilszy kierunek z najmilszą kadra i najfajniejszymi paniami z dziekanatu, to i tak czasami trafia się na taki beton, że późniejsze kontakty z Urzędem Skarbowym to czysta przyjemność.

Picie i filozofowanie. Hektolitry najtańszej kadarki z Zaratustrą Nietzschego w ręku. Resztę przemilczę. ;)

Jestem studentem i dużo mi wolno. Wolno mi nie wiedzieć, pytać, popełniać błędy, nie mieć racji, zbłądzić, zdenerwować się i nie mieć pieniędzy. Jeśli nie jesteś studentem, to jesteś po prostu normalnym, dorosłym, poważnym człowiekiem. Dorosłym, jak każdy inny, mimo że masz te 20 lat.

Zarządzanie czasem. Nawet najoporniejsi muszą zacząć zarządzać czasem. Oczywiście, niektórym na początku to nie wychodzi i są zdziwieni, że po miesiącach imprez jest jakaś tam sesja zimowa… Pierwszy oblany egzamin, zimny prysznic i albo student bierze się do roboty i tak mu już zostanie, albo wylatuje ze studiów i… mówi wszystkim, że studia są głupie i nie warto ich kończyć. ;) Jeśli dodatkowo pracujesz to jesteś ninja zarządzania czasem.

Jeszcze zdążę się napracować. Jeśli nie idziesz na studia, idziesz do pracy i w zasadzie zaczyna się poważne, dorosłe życie (tak, musisz wyprowadzić się na stałe z domu, bo jesteś już dorosły). W mojej ocenie 19-20 lat to nie jest wiek, w którym powinno się tak na serio pracować. Pracować – tak, ale poza tym korzystać z młodego wieku: bawić się i poznawać świat dopóki nie ma się zobowiązań (żony, dzieci i kredytu).

Rzeczy, których żałuję

Że nie studiowałam w innym kraju. Gdybym wtedy znała dobrze angielski, od razu starałabym się o studia na zagranicznej uczelni. Kto wie, co dzisiaj bym robiła? Obecnym młodym ludziom zazdroszczę znajomości języków, otwartych granic i przetartych szlaków, mnóstwa programów, stypendiów, wolontariatów dla studentów.

Że nie pojechałam na żadną wymianę studencką. Wydawało mi się, że słabo znam język obcy. W efekcie osoby, które znały go gorzej ode mnie, jechały na wymianę. Tak właśnie, Drodzy Czytelnicy, człowiek sam pozbawił się marzeń.

Że nie imprezowałam więcej. Prowadzenie firmy wymuszało mniejszą aktywność imprezową, co pozbawiło mnie kilku ciekawych wrażeń i wspomnień.

Podsumowanie

Gdybym miała dwóch jednakowo zdolnych i wykwalifikowanych kandydatów do pracy, wybrałabym tego ze studiami. Bo nie dość, że zna się na swojej branży to miał jeszcze czas (zarządzanie czasem!) i ochotę (motywacja!), żeby skończyć studia, a do tego na owych studiach przeszedł szkołę życia i obcował ze środowiskiem akademickim (tak, mimo upowszechnienia wykształcenia wyższego, nadal wierzę w tzw. kulturę akademicką, zwłaszcza na renomowanych uczelniach).