Tydzień bez tabletu

Jeśli Czytelnik sądzi, że nie mam problemów, to uprzejmie donoszę, że mam i nigdy nie ukrywałam tego faktu. Jednak, jak Czytelnik pewnie już zauważył, bawię się własnymi słabościami i wymyślam sposoby, żeby było i śmiesznie, i skutecznie.

Zdefiniowałam problem

I tak oto uznałam, że za bardzo przyklejam się do tabletu. Nie wdając się w nieistotne szczegóły całej sytuacji, w środku tygodnia, tak jak stałam (tak, dobrze pamiętasz: zaczynamy zmianę tu i teraz), zrobiłam sobie tydzień przerwy.

Wymyśliłam sposób

Tablet został odłożony na półkę i opatrzony kartką z napisem: „Nie używać”. Mój Jedyny, jak zwykle, zanosił się ze śmiechu (to taki wredny typ, że tylko bić i patrzeć czy równo puchnie), więc z pełną powagą uzupełniłam o gwiazdkę i słowa małym drukiem: „Nie dotyczy Tomka”.

Wytrwałam

Po 7 dniach tablet stał się mniej absorbujący. Właściwie wrócił do stanu pierwotnego, czyli tego, do czego faktycznie miał służyć. Mam nadzieję, że tak pozostanie. Jeśli nie, zafunduję sobie kolejną przerwę, tym razem 14 dni, skoro po dobroci nie rozumiem.

Podsumowanie

Czasami trzeba zrobić sobie dłuższą przerwę oczyszczającą – odłożyć coś na bok, zdystansować się.

Stawianie sobie ograniczeń bardzo dowartościowuje – wiem, że nie muszę, ale robię to, bo chce się sprawdzić i mieć poczucie kontroli nad swoim zachowaniem.

Bo choć na bezsensowne kłótnie polityków nie mam wpływu, to zdecydowanie mam wpływ na to, co zrobię ze swoim życiem. I warto z tego korzystać na co dzień.

O rety, ale patetyczna końcówka. Chyba zacznę zawodowo pisać kazania.