Realizowanie pomysłów pod wpływem emocji

Czytam dużo blogów poświęconych uczeniu się języków. Jako wielki wyznawca samodzielnej edukacji, podglądam też innych, którzy robią to samo, co ja. W tym obszarze, jak w każdym innym, jedne blogi powstają, inne upadają. Jest jednak coś, co łączy te upadające. I to na tyle, że po pierwszych wpisach wiem, że dany blog nie przetrwa, a jego autor szybko porzuci swoje edukacyjne plany.

Jak to się na do tematyki 2minuty.pl? Zaraz się przekonasz.

1. Hura optymizm. U autora pojawia się idea, że chce coś zmienić w swoim życiu, najczęściej pod wpływem jakiejś książki motywacyjnej, osoby albo nowej idei. Energia rozpiera człowieka tak mocno, że nie ocenia realnie swoich możliwości czasowych.

2. Za dużo materiałów. Jeśli kiedykolwiek uczyłeś się czegoś samodzielnie, to znasz syndrom szukania idealnego źródła (książki, kursu, notatek). W efekcie zamiast wybrać jedno i się go trzymać, zaczynasz studiować 15 źródeł, żadnego nigdy nie kończysz. Zamiast iść do przodu, ciągle zaczynasz temat od początku, bo szukanie nowego, idealnego materiału.

3. Za dużo języków. Jeśli ktoś ma przeciętne zdolności językowe i przeciętną ilość wolnego czasu, nie jest w stanie uczyć się kilku języków jednoczenie (i na tym poprzestanę wywód, bo zaraz zacznę mniej lub bardziej naukowe rozważania na ten temat).

Typowa sytuacja

Nawet jeśli nie uczysz się języków, po przeczytaniu powyższego wpisu, doskonale wiesz, że tego typu błędy wszyscy popełniamy w życiu i w działaniu bez względu na to, czym się zajmujemy. Mogą więc to być wspomniane języki, ale też inne zainteresowania lub pomysły związane z pracą zawodową. Z grubsza historia toczy się tak:

Najpierw napalamy się, ustalamy nierealne zadania i jeszcze bardziej nierealne terminy wykonania. A potem przychodzi ten moment, gdy entuzjazm opada lub pojawiają się jakieś nieprzewidziane sytuacje, które oddalają nas od realizacji.  Trzeba zmierzyć się z postawionymi celami, które jakoś dziwnie po jakimś czasie są już dla nas obce i mało ważne. Resztkami sił próbujemy wmówić sobie, że to tylko mały kryzys, ale często dana rzecz przestała nas po prostu interesować. I po jakimś czasie porzucamy nasza idee… do czasu rozpalenia się w nas nowej namiętności… I tak w kółko…

Jakie jest wyjście?

Powyższe przykłady i własne doświadczenie skłaniają mnie ku przekonaniu, że umiejętność panowania nad emocjami zawsze mnie ratuje w działaniach w pracy i po pracy.

Po pierwsze, bardzo dokładnie analizuję swój plan dnia i zawsze zakładam najgorszy czasowy scenariusz. Dzięki temu minimalizuję nierealny optymizm, że nigdy nic się nie wydarzy niespodziewanego albo – co gorsze – że wszyscy wszystko zrobią na czas.

Po drugie, jeśli czuje, że za bardzo się czymś podniecam, to odkładam ten temat na później. Ktoś powie, że nie daję się ponieść fali, wizji itp. Być może. Jednak doświadczenie nauczyło mnie, że emocje są złym doradcą. Zawsze. I nie chcę podejmować decyzji w takim złym stanie. Sprawa musi się uleżeć, wyciszyć i uspokoić.

Pamiętam również o fakcie, że moi współpracownicy czy klienci są pozbawieni emocji i podniecenia, które ja odczuwam, więc ich ocena i odbiór danej rzeczy będzie bliższa normalnemu odbiorowi niż moja jako osoby pod wpływem emocji.

Po trzecie, jeśli czuje, że nie ogarniam tematu z powodu zawiłości treści lub ilości źródeł to tylko wstępnie ogarniam temat i odkładam to na później. Umysł za kilka dni sam wszystko ułoży, uprości, pozwoli zrozumieć, podjąć decyzje i wybrać najlepsze źródła.

Po czwarte, jeśli coś przestaje mnie interesować (lub nie interesuje w ogóle), odkładam to na zawsze. Po opadnięciu emocji często okazywało się, że to nie były moje cele tylko presja i oczekiwania otoczenia zmuszały mnie do robienia czegoś, czego nie czuję. Szerzej o tym zjawisku było w tym wpisie.

Słowo końcowe

Nie wiem, czy to dobry sposób, ale u mnie póki co działa. Dzięki temu czas i energię kieruję na naprawdę ważne i rozwojowe dla mnie zadania.