Sfotografuj i… wyrzuć

Były kiedyś takie czasy, że na rynku były trzy modele aparatów cyfrowych na krzyż i najtańszy z nich kosztował tysiąc złotych. Starsi pamiętają, młodsi właśnie przecierają oczy ze zdumienia. Tak więc dawno temu, na osiemnaste urodziny, rzutem na taśmę, sprawiłam sobie takie cudo za tysiaka.

O losie, koniec z kliszą 36 klatek na całe wakacje!
O losie, wreszcie będę fotografem!
O losie, podgląd wykonanego zdjęcia!

Łapiecie ten klimat? :)

I właśnie w tamtych czasach, oprócz wyżej wspomnianych, urodziły się jeszcze dwie możliwości, z których korzystam do dziś:

1. „Ebooki”

Jako że w młodości nałogowo czytałam książki o biznesie, to zawsze wypożyczałam maksymalna ilość i… nigdy nie mogłam przeczytać wszystkich w terminie. Zaczęłam więc je fotografować i później czytać na laptopie.

2. Fotografowanie przedmiotów

Czasami mamy różne drobiazgi typu: ładne bilety z wakacji, pierwsze listy miłosne, stare pocztówki itp. Nigdy do tego nie wracamy, a jednak jakoś trudno to wyrzucić. Sfotografuj te wszystkie ładne rzeczy i wyrzuć je. Do zdjęć na 99% nigdy nie wrócisz, ale dla spokoju sumienia możesz sobie mówić, że jakby coś, to masz kopie na zdjęciach. Ten sposób bardzo pomógł mi przy pierwszym, poważnym czyszczeniu regałów – zanim każdy tytuł trafił w inne ręce, był przeze mnie fotografowany „na pamiątkę”.

***

W tym wpisie celowo omijam rozważania typu: „ale to nie to samo, co oryginał”. O tym będzie osobny wpis.