Blablabla #2: Czy masz konto na [wstawić cokolwiek]?

Mieć to pewnie mam, ale czy korzystam?

Facebooka mam. Używam raz w tygodniu, wchodzę, przewijam, ziewam z nudów i wychodzę.

Twitter. Było kilka podejść. Nie wiem, chyba się zestarzałam.

Instagram. Mam i używam. Jak na mnie to nawet bardzo. Publikuję. Konto ma status prywatnego.

Reszty serwisów nie pamiętam, czyli wygląda na to, że ich nie używam.

Ciekawe? Udostępnij źrodło:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+

Wyrwane z kontekstu #57

Tylko proszę, niech mnie pani nie pyta o to, jak udało mi się opanować tak wiele języków obcych.

Wszyscy o to pytają?
Tak, to pytanie często pada, przy różnych okazjach.

Bo to bardzo ciekawe.
Nie sądzę, nie potrzeba do tego specjalnych zdolności.

Do opanowania kilkunastu języków, europejskich, ale także hebrajskiego, sanskrytu, palijskiego, tybetańskiego i chińskiego nie trzeba specjalnych zdolności?
Do opanowania języków na takim poziomie, na jakim ja je znam, nie potrzeba.

To znaczy na jakim?
Różnym, w zależności od języka. Znam kilka języków orientalnych, języków martwych, którymi dziś już się nie mówi – nie mówię w sanskrycie i po hebrajsku, bo mi to nigdy nie było do niczego potrzebne, po chińsku też tylko czytam. Swobodnie porozumiewam się w jakichś dziesięciu językach europejskich. Nie uważam, żebym miał jakiś specjalny talent do nauki języków, mam za to inną specjalną cechę, którą rzeczywiście mogę się pochwalić, to cecha z pogranicza sportu i sprawności intelektualnej: ogromna wytrzymałość. Mam dobrą kondycję psychiczną i fizyczną, a wynika to w dużej mierze z tego, że przez dziesiątki lat uprawiałem zawodniczo sporty.

Co pan trenował?
Lekkoatletykę, poza tym przez osiemnaście lat podnoszenie ciężarów – to była moja główna dyscyplina.

Odnosił pan w niej sukcesy?
Miałem pierwszą klasę sportową w dwóch bojach ciężarowych, w jednym boju zdobyłem mistrzowską. Zawsze potrafiłem trenować i uczyć się bez zmęczenia i do dzisiaj w zasadzie to potrafię. Tylko oczy mi już się trochę męczą przez codzienne wielogodzinne siedzenie nad książkami.

Sportowa samodyscyplina przydaje się w pracy tłumacza?
Przydaje się samodyscyplina, ale i fizyczna wytrzymałość. Przy działalności intelektualnej wytrzymałość fizyczna też jest niezwykle istotna, a w każdym razie bardzo pomaga. Ja się po prostu prawie nigdy nie męczyłem, a pracowałem intensywnie przez dziesiątki lat. Zajmowałem się w życiu bardzo różnymi sprawami, nieraz bardzo skomplikowanymi, ale dopóki mnie coś interesowało, dopóki miałem do czegoś napęd, to się nie męczyłem.

Podobno hebrajskiego zaczął się pan uczyć już jako szesnastoletni chłopak. Skąd ten pomysł? W tym wieku ludzie chętniej spędzają czas z kolegami niż nad książką.
Ja nie rezygnowałem z życia towarzyskiego, zawsze jakoś potrafiłem to połączyć. To druga rzecz, którą mogę się pochwalić – i jest to jeden z kluczy do zrozumienia mojej sytuacji: nigdy nie narzucałem sobie jakiejś specjalnej ascezy czy rygorów, kierowałem się za to dyscypliną negatywną. To znaczy, już jako młody chłopak dbałem o to, żeby jak najmniej czasu marnować. Każdy z nas marnuje nieprawdopodobną ilość czasu! Przy czym za marnowanie nie uważam na przykład chwil lenistwa, włóczenia się przez wiele godzin po lasach czy polach, bo to robiłem i do dzisiaj robię. Zmarnowany czas to czas stracony na głupoty, na idiotyczne rozrywki, na bezpłodne rozmowy z delikatnie mówiąc średnio inteligentnymi ludźmi, na mnożenie nieciekawych kontaktów towarzyskich i podtrzymywanie ich z fałszywego poczucia lojalności.

Z taką postawą musiało być panu ciężko w szkole.
Jedynie do pewnego czasu uważano mnie za dziwaka, zawsze miałem za to opinię samotnika. W pierwszych klasach szkoły, jak mama przychodziła z wywiadówki, przynosiła zawsze te same trzy przymiotniki, dowiadywała się, że jestem: zdolny, krnąbrny i aspołeczny. Notabene w latach pięćdziesiątych, kiedy byłem dzieckiem, były to bardzo niebezpieczne kwalifikacje zwłaszcza ta aspołeczność. Ale wracając do mojej dyscypliny negatywnej, od najmłodszych lat starałem się jak najmniej czasu marnować. W związku z tym, mimo że zawsze bardzo dużo pracowałem, zostawało mi zawsze dużo czasu, na przykład na sport. Sport, jak wiadomo, zabiera sporo czasu, ale mi go po prostu nigdy nie brakowało, co nieodmiennie dziwiło moich kolegów, którzy wciąż pytali: „Jak ty to wszystko robisz?!”.

Jak pan odpoczywa?
W zasadzie nie odpoczywam. Czasem czuję się znużony. Na przykład teraz, gdy przygotowuję drugie – po edycji Kubiaka – pełne wydanie poezji Kawafisa, odczuwam zmęczenie oczu. W takich chwilach wsiadam na rower, jadę sześćdziesiąt kilometrów i jestem jak nowo narodzony. Nadal nie męczy mnie wysiłek. To cecha w dużej mierze wypracowana, wyrobiona, bo ja nie jestem z natury taki heros atleta.

Może odczuwa pan w sobie jakąś podskórną skłonność do marazmu i lenistwa, i stąd ta niesłychana dyscyplina?
Ależ tak! Ale lenistwa szczególnie rozumianego – u mnie lenistwem jest, powiedzmy, włóczenie się po górach przez kilkanaście godzin bez przerwy. Gdy mam czegoś dosyć, to przerzucam się w zupełnie inne sfery, na ogół szukam właśnie wysiłku fizycznego, który jest dla mnie nadal, mimo że mam już swoje lata, źródłem niebywałej przyjemności. Wczoraj na przykład pojechałem na rowerze do Kalwarii Zebrzydowskiej, to jest siedemdziesiąt parę kilometrów w obie strony w terenie górzystym.

Wczoraj był upał, 33 stopnie. Żona się o pana nie martwi?
Nie, jest przyzwyczajona, a poza tym zna moje możliwości. Ja tak funkcjonuję całe życie.

źródło: wywiad z I. Kanią
w „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie, wyd. 1”

Ciekawe? Udostępnij źrodło:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+