Blablabla #6: Jakie książki o produktywności polecasz?

O produktywności i zarządzaniu czasem przeczytałam mnóstwo książek. Mnóstwo. Naprawdę mnóstwo. I wszystkie są o tym samym. Znudziło mnie czytanie ciągle o tym samym tylko innymi słowami.

W kwestii produktywności polecam więc tylko Davida Allena. Jeśli poza tym chcesz sięgnąć po coś o zarządzaniu czasem, weź dowolny tytuł. Naprawdę, wszystkie są o tym samym.

Jako że to, co miałam przeczytać, już przeczytałam i uważam, że po tylu latach mam to już jakoś wdrukowane w tej głowie to aktualnie inspiracje znajduję w książkach czy artykułach niekoniecznie związanych z tą tematyką, niejako przy okazji (patrz seria: wyrwane z kontekstu).

Nie czytam również blogów o produktywności, które raz, że są robione na jedno kopyto, a dwa, czytanie porad o tytule: „3 super sposoby na zwiększenie produktywności”, a w treści 3 nagłówki: „wstań wcześniej, zrób listę zadań, wyłącz Fejsa” i do każdego 3 zdania opisu, sprawiają, że cofam się w rozwoju umysłowym. Jest oczywiście kilka sensownych blogów, np. TesTeq, którego czytam.

Udostępnij:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+

Blablabla #5: Co Ty właściwie robisz na co dzień?

Mój żenujący żart: jestem wydawcą – wydaję pieniądze męża.

[dobre, nie? ;)]

Wydawnictwo ma 15 lat, ja jestem jego właścicielem od 11 lat (początkowo w ramach tzw. inkubatora przedsiśbiorczości, później już na siebie). Początkowo wydawaliśmy tylko książki elektroniczne. Aktualnie wydajemy elektroniczne i papierowe. Mamy umowy z hurtowniami, więc papierowe można kupić w każdej księgarni w Polsce, za granicą też, np. w Amazon. Elektroniczne tylko u nas.

Podkreślę, bo teraz takie czasy, że wydawnictwo kojarzy się z self-publishingiem. To nie my. Moje wydawnictwo jest typowym, normalnym wydawnictwem, czyli to my wykładamy pieniądze na wydanie i to my płacimy autorowi. Autor za nic nie płaci.

I tu małe wyjaśnienie dla niewtajemniczonych: Tam, gdzie autor ma płacić za wydanie swojej książki to nie jest wydawnictwo tylko najzwyklejsza w świecie usługa, w tym przypadku usługa wydawnicza – płacisz i robią Ci to, co chcesz. Idziesz do stolarza, podajesz wymiary i robi Ci szafkę. W przypadku usług wydawniczych: idziesz do firmy wydawniczej i ona Ci za Twoje pieniądze robi książkę i nie interesuje ich, co Ty z tym sobie dalej zrobisz.
My tak nie robimy. My jesteśmy normalnym wydawnictwem – inwestujemy w wydanie książki swoje pieniądze i płacimy autorowi za każdy sprzedany egzemplarz.

Czy w Polsce da się wyżyć z wydawania książek? Biorąc pod uwagę, że robię to od tylu lat to chyba o czymś świadczy. Powiem nawet więcej: zarabiam bardzo dobrze. Poza tym, co istotne, wydajemy poradniki, starając się uderzać w rynkowe nisze tematyczne, co gwarantuje dobrą sprzedaż. Dodatkowo, mamy kilka niezależnych kanałów sprzedaży, więc nie jesteśmy aż tak uzależnieni od hurtowni, które zawsze zalegają z opłacaniem faktur.

Jednocześnie nie polecam prowadzenia wydawnictwa. Serio. Jest milion innych zajęć, z których można dobrze sobie żyć, a jednocześnie mieć mniej pracy. W wydawnictwie jest bardzo dużo pracy, zwłaszcza takiej, której nie widać (papierologia).

Gdybym miała cofnąć czas NIE ZAKŁADAŁABYM WYDAWNICTWA. Zostałabym jakimś wysoko wykwalifikowanym fachowcem (branża dowolna) z niszowymi umiejętnościami/kwalifikacjami/certyfikatami na samozatrudnieniu. Pieniądze te same, a wystawiasz jedną fakturę. ;)

Żeby było jasne – to nie jest tak, że nie lubię swojej pracy. Ja ją uwielbiam! (jak ktoś mnie zna osobiście to wie, jak kocham swoich autorów i szlifowanie diamentów). Twierdzę jedynie, że mogłabym robić też coś innego, co również bym uwielbiała, ale miałabym mniej papierkowej roboty.

Udostępnij:Share on FacebookTweet about this on TwitterShare on Google+